Szczyt Brauna [OPINIA]
Gdy wszyscy analizują wzrosty sondażowe partii Grzegorza Brauna i wieszczą jej udział w przyszłym rządzie, warto zastanowić się nad tym, czy aby nie mamy do czynienia ze szczytem jej popularności. Za prawdziwością tej hipotezy przemawia kilka faktów - pisze dla Wirtualnej Polski prof. Marek Migalski.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Po pierwsze, Konfederacja Korony Polskiej zyskuje dzięki efektowi nowości. Zawsze tak jest, że gdy na polskiej scenie politycznej pojawia się nowa formacja, dostaje premię w postaci niezłych wyników w badaniach opinii publicznej.
Potem, niestety, zazwyczaj jest już gorzej, bo ów efekt przestaje działać i nowe ugrupowanie nudzi się wyborcom. Gdyby następna elekcja parlamentarna miała być za dwa, trzy miesiące, to być może w nowym sejmie znaleźli by się koledzy i koleżanki Brauna. Na ich nieszczęście najbliższe wybory odbędą się za dwadzieścia miesięcy i w tym czasie blask nowej gwiazdy na polskim politycznym niebie nieco zblednie. Ze szkodą dla jej szans wejścia do parlamentu, a już zwłaszcza do rządu.
Radykalny jak Braun
Po drugie, tym, co przyciąga uwagę do partii Brauna, jest radykalizm jej lidera. Słowa, które wypowiada, szokują, wprawiają w osłupienie, paraliżują. Na krótką metę działa to na korzyść ugrupowania, ale w dłuższej perspektywie będzie od niego odstraszać. Tak to po prostu jest, że choć zwracamy uwagę na ekstrema, to rzadko chcemy oddawać ekstremistom władzę nad sobą.
Może i dobrze (w przypadku około 10 proc. polskiego elektoratu) słucha się filipik wypowiadanych przez lidera Konfederacji Korony Polskiej, ale przynajmniej połowa z zachwyconych nimi nie będzie chciała powierzyć swojego losu, i losu swoich rodzin, komuś negującemu istnienie komór gazowych czy atakującemu innych gaśnicą.
Jest różnica między powiedzeniem ankieterowi, że rozważa się zagłosowanie na kogoś tak ekscentrycznego, a rzeczywistym oddaniem na niego głosu.
Wewnętrzne problemy na horyzoncie
Po trzecie, gdy przyjdzie czas kampanii wyborczej, ujawnią się wszystkie słabości partii Brauna. Chciałbym wskazać na trzy wymiary owej słabości. Pierwszy jest banalny i dotyczy pieniędzy. Konfederacja Korony Polskiej jest ubogim krewnym jej prawicowych konkurentów, szczególnie PiS, ale także Konfederacji Mentzena i Bosaka. Obie wymienione formacje mają na kontach miliony złotych z dotacji i subwencji państwowych, zgromadzonych dzięki temu, że w poprzednich elekcjach przekroczyły próg 3 proc. ważnie oddanych głosów.
PiS i Konfederacja mają także szczodrych sponsorów i bogatych posłów. Zasobem finansowym partii Brauna jest…sam Braun, a konkretnie te środki, które na swoją działalność pozyskuje z kasy Parlamentu Europejskiego. Kwestia zasobów finansowych jest niby banalna, ale staje się kluczowa w czasie kampanii.
Partie Kaczyńskiego i Mentzena będą miały za co zasypać nas ulotkami, atakować nas w mediach społecznościowych czy oplakatowywać nasze miasta. Ugrupowanie Brauna będzie mogło się temu tylko biernie przyglądać.
Drugi wymiar dotyczy kształtu list wyborczych. Brzmieć to będzie bardzo technicznie, ale proszę o cierpliwość. Otóż przy ich układaniu partia może wystawić aż 920 kandydatów i duże partie skwapliwie z tego korzystają, bo każda z osób na liście walczy o jak najlepszy indywidualny wynik i możliwość "przeskoczenia" tych wyżej umieszczonych, co może skutkować zdobyciem mandatu posła. Partii Brauna być może też uda się znaleźć tych 920 kandydatów, ale kim oni będą? "No name-ami", czyli nijakimi ludźmi, wziętymi z ulicy tylko po to, by zapełnić listy.
A kim będą kandydaci partii dużych? To najczęściej obecni posłowie i posłanki, wójtowie, burmistrzowie, sołtysi, lokalni liderzy, szefowie OSP, biznesmeni. Każdy z nich jest wartością dodaną, bo ma środki i możliwości do walki o dobry wynik. Tacy ludzie przyciągają do partii wyborców, którzy normalnie nie zagłosowaliby na nią, ale chętnie oddadzą głos na konkretnego, znanego im kandydata. To zaś zwiększa ostateczną liczbę głosów oddanych na dużą partię.
Ta refleksja dotyczy KO, PiS, Lewicy, PSL i do pewnego stopnia Konfederacji, natomiast na listach partii Brauna znajdą się najczęściej ludzie o małej popularności osobistej i niewielkich środkach na promocję samych siebie. O ile kandydaci dużych partii pociągną wyniki ich ugrupowan, o tyle kandydaci Konfederacji Korony Polskiej będą się na listach "wozić".
Problem odstraszający
Trzeci wymiar powiązany jest z poprzednim, bo dotyczy jakości kadr. O tym, że listy partii Brauna będą zapełnione osobami o małym potencjale zyskiwania nowych głosów właśnie napisałem, ale znajdą się na nich także osoby, które będą mieć duży potencjał odstraszania nowych zwolenników. Wyobrażam sobie bowiem, że wśród owych 920 kandydatów będą takie wariatuncie, że nawet Braun się ich przestraszy. To mogą być znani z procesów sądowych i swojego programu w internecie "kamraci", ale także już zupełni szaleńcy głoszący tezy i poglądy tak głupie, bulwersujące i haniebne, że – pokazani przez media oraz polityczną konkurencję – zniechęcą do poparcia Konfederacji Korony Polskiej. Bo jeśli ktoś uważa, że Braun głosi najbardziej ekstremistyczne poglądy w świecie, to nie docenia reszty Polaków. Niech no tylko da się im szansę!
Powyżej opisane powody skłaniają poważanego zastanowienia się czy aby nie mamy obecnie do czynienia ze szczytem popularności formacji Brauna. Oczywiście, mogą zdarzyć się rzeczy, które napędzą wiatr w jej żagle. Na przykład jakaś całkowita kompromitacja liderów PiS i Konfederacji Mentzena. Albo załamanie się frontu ukraińskiego i masowy napływ do naszego kraju nowych uchodźców (lub odwrotnie – zakończenie wojny i….masowy napływ do Polski ukraińskich mężczyzn, których nie będzie już obowiązywał zakaz wyjazdu z broniącego się kraju).
Jeśli jednak nic spektakularnego nie stanie się w ciągu najbliższych miesięcy, to być może po następnych wyborach Grzegorz Braun będzie wspominał z nostalgią jak to na początku 2026 roku jego partia miała poparcie na poziomie 10 proc. I oskarżał cały świat i wiadome siły o to, że okradły go z możliwości zostania premierem lub przynajmniej ministrem obrony narodowej.
Dla Wirtualnej Polski Marek Migalski
Marek Migalski jest politologiem, prof. Uniwersytetu Śląskiego, byłym europosłem (2009-2014), wydał m.in. książki: "Koniec demokracji", "Parlament Antyeuropejski", "Nieudana rewolucja. Nieudana restauracja. Polska w latach 2005-2010", "Nieludzki ustrój", "Mgła emocje paradoksy", "Naród urojony".